Arab. Nazwany tak z powodu rudo – czerwonego koloru futerka, które było zabrudzone piachem i krwią. Znaleziony przypadkiem w upalny lipcowy dzień przez chłopaka przejeżdżającego rowerem w pobliżu śluzy na kanale Odry. Nie zabrał stamtąd zwierzęcia, ale zgłosił brzeskiej Straży Miejskiej, która podobno nie znalazła kota – być może za bardzo „wtopił się” w krajobraz… Determinacja naszej wspaniałej wolontariuszki sprawiła, że Arab został zabrany z miejsca, które chłopak telefonicznie wskazał. Leżał tam, czekając na śmierć, która zakończyłaby cierpienia spowodowane pragnieniem, głodem i otwartymi ranami. Po paru dniach spędzonych w lecznicy poczuł się trochę lepiej, jednak organizm był zbyt wycieńczony i nie podjął walki o życie. A może to lepiej, bo po co wracać do takiego świata, gdzie czeka głód, odrzucenie i poniewierka…